Archiwum kategorii 'Prawo' Category

Bronisław Wildstein i kurioza

Publicysta „Rzeczpospolitej” ma rację pisząc dzisiaj o swoich wątpliwościach dotyczących wyroku w sprawie prokuratora Kazimierza Graffa. Ja również mam pewne wątpliwości. Niestety w omówieniu wyroku nie wspomniano czy sąd zbadał sprawę według trzech głównych wytycznych najznakomitszego prawnika IV RP. Ponieważ jednak nasz tytułowy znawca kuriozów nie przybliżył doktryny i kultury prawnej IV RP postaram się to nadrobić.

Po pierwsze należałoby zbadać czy postępowanie prokuratora Graffa było zgodne z racją stanu bowiem:

Obowiązkiem sądów jest działanie zgodnie z polską racją stanu, z polskim interesem narodowym. Wydaję mi się to oczywiste i chciałem wystosować apel do wszystkich sędziów, szczególnie Sądu Najwyższego, by się tego rodzaju względami kierowali.

Niestety zapodziała mi się gdzieś monografia Jarosława Kaczyńskiego „Racja stanu w orzecznictwie polskich sądów w latach 1918 – 2007” ale tamże zapewne znajdziemy wyjaśnienie tego problemu. Możemy tylko żałować, że sąd nie skorzystał z powołania autora tej pozycji jako biegłego.

Po drugie nie wiemy czy sąd zbadał czy cała sprawa nie zaczęła się aby od jakieś błahostki w rodzaju kradzieży kury, a co jak wiemy dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu bywa czasem istotną okolicznością przy rozpatrywaniu odpowiedzialności za zbrodnie komunistyczne.

I wreszcie na koniec swojego felietonu, Bronisław Wildstein pisze:

Czy tylko dlatego, że wśród prawników, którzy niedawno jeszcze byli sędziami Sądu Najwyższego, znaleźć możemy takich, którzy wydawali z pogwałceniem norm prawa wyroki w stanie wojennym? Czy dlatego, że wyrastające z PRL środowisko sędziowskie dba bardziej o korporacyjny interes niż o elementarne zasady prawa?

Tu odważę się zwrócić redaktorowi Wildsteinowi uwagę, że sprawa niestety nie jest tak jednoznaczna jak w przypadku „Czterech pancernych i psa”. Z generalizacjami nie należy przesadzać bowiem wśród tej grupy może znajdować się ktoś o kim Jarosław Kaczyński mógłby na przykład powiedzieć, iż był „niezwykle efektywnym człowiekiem w realizacji naszego programu naprawy wymiaru sprawiedliwości”.

Dzięki temu widać, że tytuł „Zbrodniarze śpią spokojnie” nie nosi w sobie ani krztyny zazdrości – wygląda na to, że redaktor Wildstein nie ma żadnego problemu ze snem, właściwie chyba udało mu się przespać ostatnie dwa lata.

Przypadki Zbigniewa Ziobro – śladami Aleksandry Jakubowskiej

Poseł - członek komisji śledczej - Minister Sprawiedliwości - poseł. Zbigniew Ziobro po przechodzi zaskakującą ewolucję, również poglądów. Prześledźmy ją.

Zbigniew Ziobro AD 2004

Aleksandra Jakubowska pełniąca funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Kultury, działając w wykonaniu z góry powziętego zamiaru w dniu 7 styczniu 2003 roku popełniła przestępstwo usunięcia istotnych zapisów na komputerowym nośniku informacji, tj. czyn z art. 268 § 2 k.k. oraz przestępstwo usunięcia dokumentu, którym nie miała prawa wyłącznie dysponować, tj. czyn z art. 278 k.k. w ten sposób, że poleciła skasować informacje z twardych dysków służbowych komputerów, które obejmowały korespondencję mającą charakter służbowy, a dotyczącą m.in. konsultacji związanych z opracowywaniem projektu nowelizacji ustawy o RTV, w tym projektu rządowej autopoprawki.

Zbigniew Ziobro AD 2008

Natomiast przed oddaniem laptopa poleciłem, by ten twardy dysk, który działał przed moim odejściem, został zapisany programem, uniemożliwiającym dotarcie do danych, które są na nim zawarte - powiedział. Dodał, że postąpił tak, jak postępuje się na całym świecie w instytucjach podobnych do tej, którą kierował.

Nie sądzę, by ktoś mógł uzyskać jakieś dane z tego mojego użytkowania internetu, czy jeśli zdarzyło mi się jakąś notatkę tam zrobić z postępowania karnego - powiedział.

Jakie lody chce ukręcić Platforma w mediach – część pierwsza

Jak Platforma likwiduje media publiczne? Wygląda na to, że PO rzeczywiście chce dotrzymać obietnicy i zlikwidować media publiczne. W zamian otrzymamy media rządowe.
Zaskakująco cicho jest na temat proponowanej przez Platformę nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, która ma wejść pod obrady Sejmu na rozpoczynającym się dzisiaj posiedzeniu. A warto zajrzeć do „Poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji i innych ustaw” (druk sejmowy nr 151) bo to bardzo ciekawy dokument.
Polecam na początek sięgnąć do „diagnozy” postawionej w uzasadnieniu do projektu PO:

Można było mieć nadzieję, że dojście do władzy prawicowej formacji odwołującej się do idei budowy demokratycznego państwa prawa – a fundamentem tegoż jest wolność słowa i niezależność mediów – odwróci fatalne tendencje zawłaszczania mediów przez polityków. Zaproponowana przez Prawo i Sprawiedliwość i przegłosowana wespół z „Samoobroną” tudzież Ligą Polskich Rodzin nowelizacja ustawy przeprowadzana w ekspresowym tempie i z naruszeniem dobrych obyczajów parlamentarnych w grudniu 2005r. była tych nadziei zaprzeczeniem. Otrzymaliśmy prawdziwie partyjną Krajową Radę, równie partyjne rady nadzorcze i co najmniej kontrowersyjne „partyjno – parytetowe” zarządy telewizji publicznej i radia. W efekcie w ofercie programowej nadawców zwanych publicznymi zatriumfował bieżący interes polityczny ugrupowań rządzących.

Po takim wstępie wypada oczekiwać iście cudownego odpolitycznienia mediów publicznych, prawda? Cóż więc innego niż PiS proponuje nam partia Donalda Tuska?
Trzeba przyznać, że PO nie ograniczyła się jedynie do podążania drogą PiSu i odzyskania wielokrotnie odzyskiwanej telewizji publicznej. Wprowadzenie mediów rządowych, poddanie mediów prywatnych kontroli rządu z jednoczesnym wyrwaniem zębów odzyskanej ponownie Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji czy też znalezienie bata na media Ojca Rydzyka – jest o czym pisać.
W pierwszym odcinku zacznijmy od recepty Platformy na media publiczne. Obecnie rady nadzorcze mediów publicznych powołuje „niezależna inaczej” KRRiT, a te rady powołują zarządy publicznego radia i telewizji. PO jak w ogranym szmoncesie postanowiła „pominąć pośrednika” i z mediów publicznych od razu zrobić media rządowe.
I tak według projektu Platformy, rady nadzorcze oraz zarządy, w tym prezesa Polskiego Radia i TVP ma powoływać i co ważne odwoływać pozornie niewinnie brzmiące „walne zgromadzenie akcjonariuszy”. To zgromadzenie w jednoosobowych spółkach Skarbu Państwa stanowi z natury apolityczny Minister Skarbu Państwa. Prawda, że od razu lepiej?
Malkontenci pewnie powiedzą, że PO nie idzie na całość i wprowadza jakieś konkursy na członków zarządów i rad nadzorczych ale na szczęście jakby wyniki konkursów organizowanych przez „cieszącą się ponadpartyjnym autorytetem Krajową Radę Radiofonii i Telewizji” (tak w uzasadnieniu projektu) nie dość odpolityczniały media publiczne, to zawsze włączyć się może walne zgroma… przepraszam Minister Skarbu i zrobić porządek. Z „ważnych powodów” oczywiście, jak stanowi projekt.
I tylko jedno pytanie pozostaje otwarte dla przyszłych uczestników tej z natury apolitycznej karuzeli – czy odprawy prezesów w tych radiowych Orlenach i telewizyjnych KGHMach będą podobnej wielkości jak w ich sławniejszych odpowiednikach?


W końcu „niezależność” ma swoją cenę.

Czytaj też: Platformy skok na telewizję

Waldemar Pawlak zainwestował w złoto?

Sytuacja jest ciekawa: wicepremier walczy z paniką na giełdzie a jednocześnie dziennik „Polska” odkrył znaczne zmniejszenie się jego majątku deklarowanego w oświadczeniach majątkowych.

Moim zdaniem wytłumaczenie jest proste, Waldemar Pawlak na fali wzrostu cen złota (jakieś 40% w ciągu ostatniego roku) odkrył lukę w przepisach dotyczących oświadczeń majątkowych. Gdy zerkniemy do formularzy oświadczeń wypełnianych przez posłów zauważymy, że należy w nich zadeklarować ruchomości o wartości powyżej 10 tys. złotych.

Inwestycja w złoto stanowi świetną furtkę w tych przepisach. Obecnie bowiem, cena nawet 100-gramowej sztabki złota nie przekroczy tego limitu. A takich niepodlegających wykazaniu w oświadczeniu „ruchomości” każdy poseł może mieć w swojej skrytce bankowej skolko ugodno.

Tylko dlaczego Pawlak jeśli rzeczywiście wszedł w najtwardszą z walut, zaleca inwestorom łapanie „spadających noży” na warszawskiej giełdzie?

Wielkie zwycięstwo konserwatyzmu

Plotki o upadku myśli konserwatywnej w Polsce okazały się przesadzone. Mamy zdrowe, hołdujące tradycyjnym wartościom społeczeństwo. Mamy też intelektualistów, którzy potrafią to docenić. I serce rośnie gdy widzi się taki symbol wzajemnego zrozumienia jak konserwatywny rzecznik konserwatywnych obywateli:

Koniak, kwiaty, czy perfumy - po zabiegu dla lekarza są do przyjęcia. Rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski uważa, że tego rodzaju dowody wdzięczności nie są niczym nagannym. To zwyczaj, który istnieje w społeczeństwie - powiedział w Radiu ZET.
“Ja sam dawałem, gdy mojej mamie robiono operację. Dałem filiżankę Rosenthala, bo lekarz lubił porcelanę”

Racja, w końcu nic lepiej nie oddaje siły konserwatywnych wartości od wykształconego przez długotrwałą praktykę zwyczaju. W dodatku, zdaniem Janusza Kochanowskiego, zwyczaju jako okoliczności wyłączającej odpowiedzialność karną. Warto docenić też nutkę liberalizmu, która pojawia się w dalszej części wypowiedzi Rzecznika:

Dajemy kwiaty, dajemy koniak, dajemy czekoladki. Ale jeśli ktoś jest bardzo, bardzo zamożny, operacja była bardzo, bardzo ciężka, no to można dać pióro.

Pióro potężniejsze bywa od miecza więc pozostaje się tylko na koniec zachwycić się, że już od lat w polskiej służbie zdrowia panuje podejście konserwatywno-liberalne. Tylko za co ścigano konserwatywno-liberalnych obywateli?

Edukacja Zbyszka Ziobro

Obserwując byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę można mu tylko współczuć, że dowiaduje się on co chwila różnych nowych, perwersyjnych rzeczy będąc im poddany niczym ofiara praktyk markiza de Sade.
Pierwszym podszeptem Złego naruszającym nieskalaną duszę Zbyszka było szatańskie domniemanie niewinności, które jakoby nie pozwala ministrowi demokratycznie wybranego rządu nazywać kogo zechce – zabójcą.
Zdecydowanie złą wiadomością z drzewa poznania dobra i zła była informacja, że areszt jest jedynie tymczasowy, nawet wobec osoby wspaniałomyślnie wskazanej przez tego ministra demokratycznie wybranego rządu.
Patriotyczne serce Zbyszka, nawet gdy będzie się go nazywać „polskim Eliotem Nessem”, od razu wyczuje fałsz w przeszczepianiu na polski grunt anglosaskiego, barbarzyńskiego pojęcia konfliktu interesów. Przecież stanowiąc prawdziwe przedmurze polskiego systemu prawnego nasz oddany Prokurator Generalny potrafiłby się sam przesłuchać, nie tracąc ani krztyny ze swojego legendarnego obiektywizmu.
Dlatego boję się pomyśleć do jakiego zdeprawowania umysłu naszego brylantu aplikacji prokuratorskiej dojdzie w momencie gdy dowie się on, że istnieje tak zgniła moralnie instytucja jak tajemnica adwokacka, która narusza Jego święte prawo do poznania wynagrodzenia każdego adwokata bez zgody jego klienta.
I tylko dziw bierze, że na koniec ten nasz polski heros, Magister Sprawiedliwości nie schronił się jeszcze w objęciach swojskiego terminu, ukutego przez inną tęgą prawniczą głowę:

w… „kręgu podejrzeń”.

Tanie Państwo czyli wigilijna zupa z BORowików

W Wigilię „Gazeta Wyborcza” nie przemówiła ludzkim głosem i poinformowała po raz kolejny jak PiS pojmował „Tanie Państwo”. O darze mowy dla zwierząt tego szczególnego dnia przypomniał sobie za to Zbigniew Wassermann chcąc nas wszystkich zrobić w konia.
Kultywując ideę „Taniego Państwa”, co bywa trudne w czasach walki z dziadostwem, byli ministrowie Wassermann i Ziobro latając samolotami wysyłali za sobą naziemną obsługę Biura Ochrony Rządu – samochodem.

Kilka godzin przed odlotem ministra do Krakowa z Warszawy wyruszał nasz samochód z kierowcą, by zdążyć na przylot ministra na lotnisko w podkrakowskich Balicach - opowiada oficer BOR.

Samochód odwoził Wassermanna do domu. Weekend BOR-wiec spędzał w hotelu, w dniu powrotu ministra do Warszawy zawoził go na lotnisko i wyruszał do Warszawy, gdzie z kolei na Okęciu przylotu koordynatora oczekiwał drugi samochód BOR.

Swoją dwuletnią heroiczną walkę by zmienić ten stan rzeczy opisuje były minister koordynator:

Mimo usilnych starań byłem niewolnikiem obowiązujących przepisów ochrony i nie udało mi się tego zmienić.

Walka ta jest o tyle ciekawa, że zgodnie z ustawą o Biurze Ochrony Rządu ani Ziobrze ani Wassermannowi nie przysługuje obowiązkowa ochrona BOR. Obaj panowie byli objęci ochroną wyjątkowo na mocy decyzji Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji, początkowo Ludwika Dorna.

Ileż to Ziobro i Wassermann musieliby się namęczyć próbując przekonać kolegę partyjnego do zmiany zakresu ochrony. Pozostaje tylko podziwiać Żelaznego Ludwika, że nie ugiął się pod tymi prośbami i żądaniami i nie naraził kadr IV RP na podróż z lotniska taksówką.

Przepisy dotyczące ochrony BORu są jak widać dla PiSu bardzo elastyczne: podobno minister Kaczmarek był władny by zdjąć obowiązkową ochronę wicepremierowi Lepperowi a „niewolnik przepisów” Wassermann nijak nie mógł się jej pozbyć. Zagadka „Biura Ochrony Ziobry” pozostaje dalej nierozwiązana.

A może Zbigniew Wassermann będąc „niewolnikiem przepisów” zwyczajnie wziął sobie do serca złożone niegdyś ślubowanie i nadal ochrania „zdobycze ludu pracującego”?

Platformy skok na telewizję

Kilka razy byłem pytany czy zabiorę się za felczerów prawa z PO. Nadarza się właśnie okazja - Platforma forsuje niezgodną z Konstytucją nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji. Oceniać mogę jedynie medialne doniesienia na temat założeń nowej ustawy i sugerowanego terminu prac ale już na tym etapie nie wygląda to dobrze.

Pierwszym sygnałem dla PO, żeby bardzo ostrożnie zabierać się do rzeczy powinno być bogate orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego dotyczące Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. KRRiT jest bowiem Radą „wielokrotnie odzyskaną”, poczynając od zagrywek Lecha Wałęsy (powered by Falandysz). Ostatnio jak wiemy skutecznie KRRiT oblegał PiS.

W korowodzie hipokryzji

Zabawne, że dwa lata temu to posłowie PO (w ślad za grupą posłów SLD) skierowali wniosek do Trybunału sprawie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji autorstwa PiSu. Wskazując w nim na niekonstytucyjność tych zmian, podnieśli następujące argumenty (za streszczeniem zamieszczonym w uzasadnieniu wyroku TK w sprawie 04/06):

Grupa posłów odniosła się także do art. 21 i art. 24 ustawy o przekształceniach, podkreślając niezgodność przyjętych regulacji z zasadą pewności prawa i zasadą ochrony praw nabytych wyprowadzonych z art. 2 Konstytucji oraz z art. 7 w związku z art. 213 Konstytucji. W ocenie wnioskodawców, naruszeniem niezależności KRRiT jest taka zmiana reguł jej funkcjonowania, która istotnie zmienia pozycję ustrojową tego organu, powodując – wskutek zmniejszenia liczby członków i natychmiastowego zakończenia kadencji KRRiT – ograniczenie zdolności do odzwierciedlenia różnic politycznych w jej funkcjonowaniu.

Wiemy zatem jaka ustawa PO nie będzie, bo przecież ta partia nie chciałaby łamać reguł, na które sama się powoływała. Prawda?

Odłamkowym! Jest odłamkowym!

Trzeba PO przyznać, że stara się być kreatywna bo poza odzyskaniem telewizji publicznej (najsilniejszej na rynku) i reszty mediów publicznych wprowadziła do gry nowy element – zabrać KRRiT kompetencje do wydawania koncesji. Założenia nowej ustawy PO podobnież przewidują, że koncesje będzie wydawał Urząd Komunikacji Elektronicznej (obecnie odpowiedzialny za telekomunikację). Warto wyjaśnić, że UKE to centralny organ administracji rządowej, podległy obecnie Ministrowi Infrastruktury.

Oznacza to dwie rzeczy: pozbawienia uprawnień do wydawania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej organu, który w myśl Konstytucji stoi na straży wolności słowa, prawa do informacji oraz interesu publicznego w radiofonii i telewizji. Po drugie i ważniejsze oddaje decyzje koncesyjne w ręce rządu czyli czyni je potencjalnie zależnymi od aktualnego układu rządowego. Nie muszę chyba dodawać czym to pachnie.

Niezorientowanym w temacie można jeszcze dorzucić, że polski rynek telewizyjny czeka w ciągu najbliższych lat rewolucja na miarę Euro 2012 – wprowadzenie telewizji cyfrowej. I podobnie jak w wypadku Euro według specjalistów nie bardzo jest czas na wybieranie lokalizacji Stadionu Narodowego i jego wykonawcy. Na razie PO widać pozostaje w fazie wczesnej HGW i stadionu w Łomiankach.

Wetem czy Trybunałem?

Jeśli wspomniane pomysły PO zostaną przelane na papier i uchwalone przez Sejm, Lech Kaczyński będzie musiał rozważyć czy założyć wór pokutny, pochwę od miecza powiesić na szyi i czekać wysłuchania w Trybunale Konstytucyjnym. Musi bowiem wybrać pomiędzy zastosowaniem prezydenckiego weta, które jest środkiem zawodnym a wnioskiem do tak miłego jego sercu Trybunału.

Biorąc pod uwagę dotychczasowe orzecznictwo TK projekt PO jest niekonstytucyjny w trzech punktach. Po pierwsze w wyroku w sprawie PiSowskiej nowelizacji TK w pełnym składzie uznał za niezgodne z konstytucją przedwczesne zakończenie kadencji KRRiT w drodze zmiany ustawy w sytuacji braku szczególnych okoliczności uzasadniających takie rozwiązanie. Po drugie z orzeczenia TK w sprawie abonamentu telewizyjnego wynika szerokie rozumienie kompetencji KRRiT, z którym pozbawienie kompetencji do wydawania koncesji byłoby sprzeczne. I wreszcie w świetle rozważań o niezależności KRRiT i wolności słowa przekazanie tej kompetencji do organu zależnego od rządu jest niezgodne z konstytucją.

Trzeba też pamiętać, że wniosek prezydenta do TK ma pozycję silniejszą niż wniosek grupy posłów. Złożenie go wstrzymuje wejście w życie ustawy. W przypadku uznania przez Trybunał za niekonstytucyjne przepisów nierozerwalnie związanych z całą ustawą idzie ona do kosza – Prezydent ma obowiązek odmówić jej podpisania. Tym dziwniejsze, że felczerzy prawa, tym razem z PO wysmażyli takiego knota sami się podkładając.

Będziemy walczyć o pokój, aż nie zostanie kamień na kamieniu

Mówiąc Liroyem nasza konstytucja została już „zbadana z przodu i z tyłu”. Platforma idzie dalej tą drogą i pewnie uraczy nas kolejnymi sloganami z puli zbliżonej do „rewolucji oralnej”. Cytatami, które przypominają najwyżej słowa „dla dobra polskiej piłki” padające w „Piłkarskim Pokerze”.

Konstytucja bardziej niż każdy inny akt prawny zależy od kultury prawnej i politycznej. PiS zabrał się za tą kulturę grubym papierem ściernym a gdzieniegdzie zapaskudził towotem. Platforma chcąc ponownie „odzyskać” KRRiT i przekazać koncesjonowanie mediów w ręce organu zależnego od rządu chce chyba wypróbować hebel*.

*Tak wiem, że poprawna polska nazwa to „strug”.

Czytaj też: Jakie lody chce ukręcić Platforma w mediach – część pierwsza

 

Komisja Weryfikacyjna – ostatnie słowo należy do Tuska

Przy okazji awantury z przenosinami akt Komisji Weryfikacyjnej tradycyjnie nikt z dziennikarzy nie zadał sobie trudu sięgnięcia do odpowiedniej ustawy. A ta wraz z aktami wykonawczymi pokazuje, że Komisja nie jest prywatnym folwarkiem Olszewskiego czy Macierewicza.

Ustawa z dnia 9 czerwca 2006 r. Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego, jest co prawda napisana koszmarnie pod względem legislacyjnym ale wynikają z niej dwa konkretne, istotne uprawnienia premiera.

Po pierwsze, zgodnie z art. 63 ust. 8 ustawy premier w drodze zarządzenia, ma obowiązek określić termin zakończenia działalności Komisji Weryfikacyjnej. Jarosław Kaczyński takie zarządzenie wydał już po wyborach ale nowy premier może je zmienić.

Po drugie i ważniejsze premier w drodze rozporządzenia określa szczegółowy tryb działania Komisji Weryfikacyjnej, sposób przeprowadzania i dokumentowania dokonywanych przez tę komisję czynności, tryb postępowania z dokumentami oraz formy i tryb współdziałania z Komisją Weryfikacyjną Szefa WSI, Komisji Likwidacyjnej oraz Szefów SKW i SWW, uwzględniając konieczność zapewnienia prawidłowej i efektywnej realizacji zadań tej komisji oraz wymogi dotyczące ochrony informacji niejawnych.

Nie ma żadnych przeszkód by w takim znowelizowanym rozporządzeniu zapisać miejsce przechowywania akt Komisji Weryfikacyjnej. Bo przecież jeśli wierzyć Janowi Olszewskiemu tylko takie zostały przewiezione do siedziby Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Niezależnie więc od powołania bądź nie przez Donalda Tuska członków Komisji Weryfikacyjnej i tak najważniejsze uprawnienia pozostają w jego ręku. Jedna decyzja i akta jadą w odwrotnym kierunku.

Po co więc był ten cyrk z przeprowadzką?

Kazimierz Górski powinien podziękować Kaczyńskim za awans do Euro 2008

Wiemy, że ten awans był możliwy przede wszystkim dzięki „obsesji” Kaczyńskich nt. walki z korupcją. To przez korupcję Kazimierz Górski nawet nie miał z kogo zestawić drużyny. O osiągnięciach Gmocha, Piechniczka, Engela i Janasa z litości nie będę wspominał.

Szkoda, że Górski nie dożył rezultatów rządów Kaczyńskich i awansu do Mistrzostw Europy, a przez to musiał prowadzić swoją mierną, zniszczoną korupcją reprezentację jedynie na mniej prestiżowych Mistrzostwach Świata.

O walce z korupcją w sporcie w jego czasach nie było wtedy mowy a samotną walkę z korupcją na innych frontach prowadził sędzia Kryże. W końcu Kaczyńscy snuli wtedy najwyżej wspomnienia z Artieku, a Lech Kaczyński nie mógł wtedy przypuszczać, że kilkanaście lat później zasiądzie przy wódce z Kiszczakiem (temu się pewnie wtedy dla odmiany nie śniło, że strażnik miejski zostanie generałem).

W końcu to za czasów Kaczyńskiego - walka z piłkarskimi układami - przyniosła efekty. Jak wiemy Michał Listkiewicz już dawno poszedł siedzieć a minister Lipiec wspólnie z Kaczyńskimi odbiera zasłużone uwielbienie i chwałę. Cieszy również coraz lepsza gra polskich klubów w europejskich pucharach.

Ale jeśli kogoś jeszcze nie przekonał ten wywód to wystarczy, że przypomni sobie wywieszoną na limuzynie Prezydenta Kaczyńskiego flagę Indonezji.

Prawdziwi kibice pamiętają i temu gestowi złożono hołd w sobotę na trybunach Stadionu Śląskiego.

 

Polska - Belgia

Następna strona »